wtorek, 15 marca 2016

O śniegu, śnieżycy i o mgle

2016-03-13

Jechałem z Krzysztofem na naszą wspólną wędrówkę po wschodniej części Gór Kaczawskich. Światła reflektorów grzęzły w gęstej mgle, której opary kłębiły się przed maską samochodu, a Krzysztof dokonywał cudów prowadząc swoją Vectrę po krętej drodze.
Mozolną jazdę zakończyliśmy w samym środku Radzimowic, liczącej zaledwie kilka domów wiosce.

Po paru krokach byliśmy już za wsią, kawałek drogi przeszliśmy skrajem łąki, a po chwili zanurzyliśmy się w gęsty las, który porastał zbocze Żeleźniaka. Las był w przewadze świerkowy, a przez to mroczny i tajemniczy. Dookoła panowała  cisza, którą potęgowała zalegająca wszędzie mgła.


Mroki lasu rozświetlała biel zalegającego w każdym zakątku śniegu. Śnieg nie był zmrożony, nie skrzypiał pod stopami, ale lekko chrupał przy każdym naszym kroku.  Zatrzymałem się na chwilę.
Pragnąłem posłuchać ciszy.


Wilgotny zapach świerkowego lasu przywołał odległe wspomnienia mej drogi do szkoły, która przez niemały odcinek prowadziła przez las. Uśmiechnąłem się do wspomnień, a one zaraz zaczęły znikać z mej pamięci, podobnie jak oddalający się we mgle Krzysztof.









Po wspomnieniach pozostały nikłe ślady.


Czy ja jestem w jakiejś bajce?
Ruszyłem "z kopyta" i po chwili dogoniłem Krzysztofa.


Prawie nadziałem się na kijki mego towarzysza wędrówki, który chciał sfotografować  świerkową gałązkę ozdobioną szadzią.




Warunki do fotografowania były kiepskie, ale to nas nie zrażało. Trudno, gdy nie ma tego co się lubi, trzeba lubić to, co się ma.



Zalegający śnieg przykrył nierówności terenu i łatwo było o potknięcie.


Ale, przyjmowaliśmy to z uśmiechem.



Wiotkie brzozy pod ciężarem śniegu chyliły się w naszą stronę w niemym ukłonie.


Na niewielkiej polance rósł potężny świerk, który dumnie prezentował swoją urodę.
- Och, ale kolos, Matka Natura jest dla niektórych niezwykle hojna - pomyślałem.


Jego czubek majaczył we mgle, a ośnieżone gałęzie przywiodły mi na myśl ogromną choinkę.

Im wyżej podchodziliśmy tym więcej było śniegu. Jego głębokość potrafiła utrzymać


w pionie wbite weń kijki.

Gdy dotarliśmy na szczyt Żeleźniaka doznaliśmy zaskoczenia, na jego sporej połaci wycięto


drzewa. Obaj z Krzysztofem zastanawialiśmy się, w jakim celu w tym miejscu dokonano wyrębu.
Może będą tu budować wieżę widokową? Nie wiem.



Krzysztof zaczął myszkować wśród zalegających szczyt gałęzi w poszukiwaniu tematów do zdjęć.











Ja uczyniłem podobnie.
To co kiedyś rosło na szczycie drzewa, teraz smutnie tkwiło w kopnym śniegu





Wiejący wiatr gnając skraplającą się mgłę ozdobił lodową szadzią wszystko dookoła.



Na szczycie Żeleźniaka  była mgła i cisza, byliśmy tam również my i jedlismy nasze śniadanie


Prawdopodobnie nad szczytem Żeleźniaka nie zauważano fruwających ptaków.

Zejście wykonaliśmy dosyć stromo opadającym stokiem i dlatego nasz marsz odbywał się
stylem "na pająka",


Szliśmy opierając się na kijkach stawianych przed sobą.

Szczyty wysokich drzew majaczyły we mgle.
- Jaki człowiek jest mały w porównaniu do wytworów przyrody -


pomyślałem, gdy spojrzałem na Krzysztofa schodzącego ze stoku w otoczeniu słusznych rozmiarów drzew. A Krzysztof do ułomków się nie zalicza.


Szliśmy drogą dzieląca dwa różne środowiska, dwa odrębne światy. Po lewej panował półmrok, który stwarzały gęsto rosnące świerki. Zaś po prawej stronie naszej drogi śnieg i mgła jaśniały wśród bezlistnych drzew.


Och, przepraszam młode buczki i młode dębczaki, one były ozdobione jeszcze jesiennymi liśćmi Dotarliśmy do rozstaju dróg, który jednocześnie był sporym placem manewrowym.


Od niego poszliśmy leśną utwardzoną drogą w stronę Czarciego Zagajnika.





Gdy w miejscu zwanym Czarcim Zagajnikiem piliśmy herbatę, Krzysztof popatrzył na swój termos i zaczął tłumaczyć jego angielską nazwę: Warhead - głowica bojowa. Gdy spojrzał na mój sprzęt - dokonał odkrycia:
- Twój termos jest tej samej marki, tylko ma mniejszą pojemność.
- Bo ja mam mniejsze potrzeby - odpowiedziałem.
A z tym Czarcim Zagajnikiem to jest zagadkowa sprawa. Tą nazwą obdarzany jest las, bądź rozdroże, na którym urządziliśmy sobie nasz przystanek. To miejsce nazwane jest również
Rozdrożem pod Marcińcem.

Zimowy las też ma jakieś kolory, prawda?



Gdzieś, z  prawej rozległ się głos werbla. To pan dzięcioł w szybkim tempie stukając dziobem
w suchą gałązkę, przywabiał panią dzięciołową do swojego rewiru.
Po chwili przerwy, nieco mocniejszy terkot, usłyszeliśmy z lewej strony. To inny dzięcioł zawiadywał o swej obecności i przechwalał się tym , że jest lepszy od swego rywala. Trwały zaloty dzięciołów.

Gdy doszliśmy do rozwidlenia dróg, Krzysztof nie był pewien dalszej trasy, więc wybraliśmy tę, która prowadziła w dół. Schodziła ona jednak na dno głębokiego jaru, którego dnem płynął strumień.



Krzysztof poszedł go zwiedzić, a ja po naszych śladach wróciłem do rozstaju dróg.
Zatrzymałem się na chwilę, by posłuchać ponownej przechwałki dzięciołów. Ale z przodu
usłyszałem głos Krzysztofa, który po stromej skarpie wdrapał się na brzeg jaru i wołał mnie
w dalszą drogę.


Mój towarzysz czekał na mnie pod baldachimem utworzonym ze świerkowych gałęzi.

- W obliczu wytworów Matki Natury jesteśmy bardzo mali -


po raz drugi w tym dniu to skojarzenie dotarło do mojej świadomości.

Zima wydaje się być bezbarwną porą roku, ale wystarczy kawałek przejść się lasem, a przekonamy się drzewostan jest jednak pełen ciekawych form i fantazyjnych kształtów barwnie przystrojonych.














Na myśl o tym, że takie oznakowanie poczynione przez leśników ma sygnalizować



koniec żywota tej brzozy, zrobiło się nam smutno na duszy.

Kawałek drogi odbyliśmy idąc żółtym szlakiem prowadzącym z Radzimowic do Wojcieszowa






Brzoza jest pięknym drzewem, tak twierdzi Krzysztof. Ja również.



Ubiegłoroczne listeczki brzozy ozdobiły drogę, podobnie jak kwiatki w procesji na Boże Ciało.

Jedni ludzie wytężają swoje umysły aby móc ujarzmić siły natury, gdy tymczasem niektórzy swoją


bezmyślnością wysiłki innych obracają w perzynę. A przez to wody z wiosennych roztopów




spływają różnymi niespodziewanymi strumieniami. Na Żeleźniaku panowała jeszcze zima,



a do jego podnóży już zawitało przedwiośnie.  To kwitły śnieżyce wiosenne.



Zalewały je strumienie wody tymczasowego strumyka.






Mam nadzieję, że te kwiatki przetrwają mały potop.



Śnieżyca wiosenna rosnąca w stanie dzikim jest objęta ochroną gatunkową.

Gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie
Świat, w którym baśń ta dzieje się (...)
Wiosną biegłego roku znalazłem  krainę śnieżyc wiosennych gdzieś w Górach Kaczawskich.

Wiosenne roztopy dokonały swego dzieła. Poszliśmy rozmiękłą, błotnistą drogą.


Mlaskające pod butami błoto przywołało wspomnienie mojej rodzinnej wsi, w której spędziłem swoje dzieciństwo.


Później skręciliśmy w jasny, trzymający jeszcze jesienne kolory las.



Wchodziliśmy na stok Owczarka, a w miarę podchodzenia na jego obły szczyt


zza mgieł zaczęła się stopniowo wynurzać Osełka.





Zarys tej góry przypominał kształt osełki masła (również kształt kamienia do ostrzenia kos).


Było południe, na moment niebo pojaśniało, a my stojąc na szczycie Owczarka raczyliśmy się kolejnym kubkiem gorącej herbaty z naszych termosów i patrzyliśmy na zamglone otoczenie.






Teraz naszą wędrówkę odbywaliśmy kaczawskimi łąkami, odwiedzając rosnące tu i ówdzie


kępy drzew












Przywitaliśmy się z samotnie rosnącym na środku łąki drzewem, którego gatunku, niestety nie mogliśmy rozpoznać.



Krzysztof i ja zgodnie wysnuliśmy przypuszczenie, że to jest jakieś drzewo owocowe.

Wiejący zimny wiatr i skraplająca się mgła utworzyły lodowe rzeźby na roślinach.






Mgła potrafi omamić wzrok. Kształty wyłaniające się z mgielnej poświaty, które wzięliśmy jako bele siana na łące, po zbliżeniu się doń, okazały się sporych rozmiarów kamieniami. Kamienie te były ułożone ręką ludzką w tajemniczym okręgu z samotnym głazem pośrodku.



- Kamienne kręgi - powiedziałem
- Jak Stonehenge w Anglii - odpowiedział  Krzysztof.

Nasza dalsza wędrówka odbywała się zboczami Osełki, którą obeszliśmy idąc łąkami porastającymi jej zbocza


We mgle, ponad czubkami drzew zamajaczyły domostwa Mysłowa i usłyszeliśmy szum jadących "trójką" samochodów, który nieprzyjemnie zmącił kaczawską ciszę.









Powoli schodziliśmy ze stoków Osełki.
Ten symetryczny dąb stał dumnie przy kępie krzewów, niby wódz na czele wojsk.


Trawersując zbocze niewielkiego pagórka  Krzysztof poszedł przywitać się





z brzozą rosnącą w otoczeniu świerków.



Postaliśmy jeszcze parę chwil na łące przyglądając się okolicy i z ociąganiem poszliśmy w kierunku Radzimowic.





Gdy jedliśmy naszą kolacje na wzniesieniu, tuż za ostatnim domem w Radzimowicach, niebo zasnuło się szarymi chmurami. Jeszcze rzuciłem ostatnie spojrzenie na Żeleźniaka,


popatrzyłem również na Osełkę, którą przedtem obeszliśmy wokół.


Wiatr nie wiał zbyt mocno i chmury nie napływały, one prawie stały w jednym miejscu kłębiąc się nad Górami Kaczawskimi.

Przed nami zza mgieł wyłaniał się Miłek, który w całości został objęty ochroną rezerwatową.


Góra Miłek jest jedynym w Polsce miejscem, w którym rośnie w stanie dzikim objęty ścisłą ochroną gatunkową cyklamen purpurowy.




Mam cichą nadzieję, że kiedyś przydarzy mi się okazja upolowania tego pięknisia
Zdjęcie chronionego kwiatka pochodzi ze zbiorów pewnego mieszkańca Wojcieszowa






Dzisiejsze warunki pogodowe nie były łaskawe do komponowania fotograficznych panoram.



Ale czyniłem próby, lecz ich efekty nie były zbyt imponujące.
Gdy zwróciłem się w stronę Osełki i Miłka, Krzysztof wskazał na widoczne pomiędzy nimi wzniesienia i powiedział:
- To są Góry Ołowiane, które należą również do Gór Kaczawskich.
- Ołowiane Góry, ołowiane chmury - odpowiedziałem i poszliśmy w kierunku zaparkowanego
w Radzimowicach samochodu Krzysztofa.

Gdy minęliśmy Jawor, niebo pojaśniało i wtedy zacząłem żałować mego zaniechania wędrówki w stronę pięknego świerka rosnącego na stoku Osełki.

Na wędrówce nigdzie nie siedzieliśmy, cały czas byliśmy na nogach. W górach chodziliśmy
przez 10 godzin, a przy żegnaniu się z Krzysztofem miałem uczucie, że upłynęło zaledwie 10 minut.
- Do zobaczenia jesienią - powiedział Krzysztof.
Słowa uwięzły mi w gardle i gdy obejmowałem Krzysztofa, odwróciłem w bok głowę.
Moje oczy były wilgotne - chyba od całodziennej wędrówki we mgle.

________________________________________________________________

Dopisek

Krzysztof przysłał mi moje zdjęcia, więc niech i one będą pamiątką z tej wędrówki.



























7 komentarzy:

  1. Janku, na Twoich zdjęciach zima tego naszego dnia jest piękna! Naprawdę z przyjemnością obejrzałem fotografie. Szczególne wrażenie robią pionowe panoramy: uwidaczniają wysokość drzew – nie do oddania na zwykłych, pojedynczych fotografiach. Wiem przecież, jakiej są wysokości rosłe świerki, ale ta wiedza jest taka… z boku, niepełna bez skali porównawczej. Bo i jak widzimy w pierwszej chwili 30 czy 40 metrów? Odległość to żadna, ale w pionie jest to dziesięć pięter. Wiele mijanych świerków na pewno było drzewami dziesięciopiętrowymi – a jaka jest to wysokość w stosunku do wysokości człowieka, widać wyraźnie na Twoich składanych fotografiach. Widać na nich piękno i majestat Natury.
    Mimo kropiącego deszczu i mgły, to był dobry i ładny dzień!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to był dzień pełen wrażeń. Pomimo mgły, zobaczyliśmy bardzo dużo rzeczy. A to, co przeżyliśmy, to będzie nasze.

      Usuń
  2. Popieram Krzysztofa, piękne są te zdjęcia. Napisałeś Janie o zapachach. Zauważyłeś, że mgła, upośledzając wzrok potęguje odczuwanie pozostałymi zmysłami? I pobudza wyobraźnię, która płata figle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I to prawda, Aniu. Obaj z Krzysztofem stwierdziliśmy, że mgła dodała tajemniczości do odwiedzanej przez nas okolicy.

      Usuń
  3. Janku, zajrzałem tutaj jeszcze raz żeby obejrzeć Twoje ładne pionowe panoramy drzew i przypomnieć sobie tamten prawdziwie zimowy dzień. Teraz kwitną mirabelki i żonkile, śpiewają ptaki i o śniegu już nikt nie pamięta, ale minął ledwie miesiąc od tamtej naszej niedzieli. Miesiąc, który zmienił oblicze ziemi i pory roku.

    OdpowiedzUsuń
  4. Janku, ponownie zajrzałem tutaj chcąc zobaczyć pionowe panoramy drzew i przypomnieć sobie tamten dzień, nasz ładny dzień.
    Krzysiek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Krzysiek, odwiedziłeś ten temat równo po roku, w porze gdy ja spałem snem sprawiedliwego.
      Pamiętam dobrze, nasz wyjątkowy dzień. Na górze panowała zima w pełni, a w dolinkę zawitała wiosna, były roztopy i kwitły śnieżyce. No i to była nasza wspólna wędrówka przed rozstaniem na dłuższy okres. Taaak, to był nasz dzień...

      Usuń