niedziela, 14 kwietnia 2019

Meandry Nysy Małej - meandry życia

2019-04-12

     - Mój ci jest! Mój ci jest! - zawołała Danuśka Jurandówna gdy zarzuciła białą nałęczkę
na płowe włosy Zbyszka z Bogdańca i odbierała go katu, który miał odebrać mu życie.

(…) Rozejdźcie ludzie się w pokoju
Nie będzie grozy ani krwi
Zabiorę tylko stąd co moje
Czego nie wolno odjąć mi (…)

(…) Mój ci jest
Nie dam się przegnać ni zastraszyć
Bo moje prawo jest przed waszym
Mój ci jest (…)
                         Zespół Krzyżacy - Mój ci jest


     - Mój ci jest! - zawołałem w myślach, gdy odbierałem mój komputer z niesfornych rąk osoby, która nie bardzo dbała o moją własność. Przycisk włącznika się zacina i muszę umiejętnie go używać przy uruchomianiu mojego sprzętu.
Dobrze, że  moje zdjęcia zgromadzone w zakamarkach twardego dysku nie uległy unicestwieniu i dzisiaj mogę dokończyć relacje z ubiegłorocznych wędrówek z Krzyśkiem.

_____________________________________



Był dzień 2018-03-04

      W tym dniu Krzysiek zaplanował godzinę spotkania na 5:15. Jak on to robi, że jadąc z Leszna, w Legnicy  zjawia się w wyznaczonym czasie - prawie w punkt?
Tego dnia przed godziną piątą byłem gotowy do wyjścia z domu, gdy odezwał się sygnał mojego telefonu zwiastujący nową wiadomość. To Krzysiek napisał, że się spóźni.  Wczoraj wieczorem pomylił się w ustawieniu swojego budzika. Krzysiek, nie musisz mnie przepraszać, ja przeżyłem trochę wiosenek, poznałem nieco życia i niewiele jest rzeczy, które mogą mnie zdziwić.

     W Gorzanowicach pod Bolkowem już na kwadrans przed siódmą Krzysiek prowadził mnie na zaplanowaną przez siebie trasę dzisiejszej włóczęgi.  Ech, życie. Tydzień temu miałem jechać
z Krzyśkiem w Góry Izerskie, lecz dopadło mnie okropne przeziębienie i poprzednią sobotę, niedzielę i poniedziałek musiałem przeleżeć w łóżku. W czwartek czułem się już dobrze
i gdy Krzysiek zaproponował mi wspólny wyjazd na Pogórze Kaczawskie, ja przyklasnąłem
temu pomysłowi.

     Gdy wyruszaliśmy na wędrówkę, mróz jeszcze trzymał krzepko. Było ponad dziesięć stopni na minusie. Ja miałem ciepłą czapkę zakrywającą uszy, a Krzysiek założył komin.
Na horyzoncie ukazały się ośnieżone szczyty Karkonoszy.





W naszych zamiarach mieliśmy wędrówkę po ich wierzchowinach, ale niektóre ich szlaki były zamknięte, więc nasz plan odłożyliśmy na inny termin.

     A teren naszej obecnej wędrówki nie miał wyznaczonych szlaków i mogliśmy wędrować swobodnie, gdzie nas Krzyśka oczy poniosą. Ale nie wędrowaliśmy bez celu. Mój przewodnik miał obmyślony szkic naszej włóczęgi. Szliśmy drogami polnymi, a gdy one nie były zgodne z kierunkiem naszej wędrówki, szliśmy przez pola - od miedzy do następnej miedzy.











Druga połowa lutego była bezśnieżna, ale mroźna. Strumyki zamarzły i ucierpiały oziminy.










Wysiane jesienią rzepaki wyglądały marnie.


Może wiosenny czas będzie dla nich bardziej łaskawy i odżyją?



A wiosna zbliża się nieuchronnie.
Kwitnące bazie wierzbowe zawsze przywołują moje wspomnienia z dzieciństwa, gdy w okresie
Świąt Wielkanocnych zachwycałem się ich widokiem.





Kotki wierzbowe wydzielają specyficzną woń i są niezwykle miłe w dotyku,
… jak kotki ...

W Sudetach, na terenie obecnego Pogórza Kaczawskiego, przed milionami lat odsłoniły się utwory czerwonego spągowca.
Czerwony spągowiec to skała, która w ciągu milionów lat przekształciła się w obecną glebę.


I dlatego niektóre pola na Pogórzu Kaczawskim wyróżnia czerwona barwa.


Gdy minęliśmy Pogwizdów, pod uroczą brzozą zatrzymaliśmy się na mały popas.


Jedliśmy swoje kanapki, piliśmy herbatę i rozkoszowaliśmy się coraz cieplejszym dniem.
Lekki wiaterek nawiewał w naszą stronę zapach ogrzanej słońcem ziemi.
- Już czuję nieśmiały powiew wiosny - powiedziałem do Krzyśka.



Za nami został Pogwizdów i jego mieszkańcy ze swoimi sprawami,
a my poszliśmy na spotkanie reszty dnia.

Na niewielkim wzgórzu wśród drzew stal niewielki budynek. Z drewna, lecz podmurowany.
Jak dwór szlachecki w Panu Tadeuszu.



To chyba ogólnodostępny schron samoobsługowy.


W Sudetach jest kilka takich budyneczków. Oby jak najdłużej służyły potrzebującym.

Krzysiek pociągnął mnie w stronę Jastrowca. Szliśmy po rozległej równinie.



Pola i łąki w Górach Kaczawskich zachowały jeszcze swój malowniczy, urozmaicony styl.


Samotnie rosnące drzewa cechuje jakiś niepowtarzalny urok i często w ich stronę kierujemy
swoje kroki.

Skręciliśmy również w stronę miejsca zaznaczonego na mapie jako Bogaczowice.
Jest to porośnięte drzewami skaliste wzgórze.



Rozczłonkowane skały tworzyły naturalne tarasy widokowe.
Nie mogliśmy się oprzeć ich urokowi i wdrapaliśmy się na nie.






Spojrzałem w dół, a tam, w marcowym słońcu, bieliły się zamarznięte wody Nysy Małej.


Jej meandry przywiodły mi na myśl zawiłości ludzkiego życia. Dlaczego niejednokrotnie
jest ono tak skomplikowane?

     "Życie jest jak pudełko czekoladek, nigdy nie wiadomo co ci się trafi" - przypomniał mi się  cytat z Forresta Gumpa. W naszym życiu borykamy się z różnymi problemami, czasami bywają one naprawdę trudne do rozwiązania. Zdarzają się również chwile miłe oraz przyjemne, które zapamiętamy chyba na zawsze.
____________

    Po powrocie z wędrówki , przypomniała mi się chwila na półce skalnej
i sięgnąłem do moich notatek z cytatami sławnych ludzi:

"Bądź tym kim jesteś i mów to, co czujesz,
ponieważ ci, którzy mają z tym problem nie są ważni,
a ci, którzy są ważni nie mają z tym problemu."          Fritz Perls

 "Wolę być prawdziwym dla siebie,
nawet jeśli grozi to narażeniem się na kpinę innych ludzi,
niż być dla siebie fałszywym i narazić się na własną odrazę."     Frederick Douglass

____________


Zejście ze szczytu nie było takie proste.
Schodziliśmy stromym żlebem pełnym drobnych kamieni i opadłych zeszłorocznych liści.



Raz nie utrzymałem równowagi i wylądowałem na mniej szlachetnej części ciała.

Wróciliśmy na równinę. Meandry Nysy Małej dwukrotnie stanęły nam na naszej drodze.
Nie mieliśmy odwagi sprawdzać wytrzymałości  lodu i przechodziliśmy malowniczą rzeczkę
po zwalonych pniach.





Krzysiek i ja zastanawialiśmy się, kto zostawił taki ślad na pniu potężnego drzewa.


Jakiś człowiek, a może bobry?

W tym dniu ciężko mi się szło. Przed trzema dniami, po przeziębieniu, wstałem z łóżka
i teraz zacząłem odczuwać trudy wędrówki.
Często przystawałem i wtedy podziwiałem okolicę.






Krzysiek był wyrozumiały i mnie nie poganiał.

Mój przewodnik przed Jastrowcem sięgnął po mapę. Szukał drogi przez wieś.


Dobrym punktem orientacyjnym okazał się wiejski kościółek. Za nim biegła szosa prowadząca
w stronę Grudna i poszliśmy w tamtym kierunku.


Tuż, obok kościoła miejscowi urządzili sobie dzikie wysypisko. Jak im nie wstyd?


Minęliśmy to miejsce zniesmaczeni jego widokiem i obeszliśmy kościół wzdłuż jego murów.





Może miejscowy kaznodzieja wpadnie na mój opis i z ambony zacznie strofować mieszkańców
Jastrowca za ich niefrasobliwość?  Ludzie, Boga się nie boicie?

Przed Grudnem zatrzymaliśmy na mały odpoczynek.
- Krzysiek, dziękuję Ci za cierpliwość.

W Grudnie minęliśmy Bukową Górę i zaczęliśmy się wspinać na zbocza Wysokiej.
W przydomowej zagrodzie zagęgały gęsi. Ich głos jest donośny.
Jazgot tych ptaków, w odległej przeszłości, uratował Rzym przed napaścią Galów.


Co parę kroków zatrzymywaliśmy się i podziwialiśmy widoki.


Krzysiek snuł wspomnienia ze swoich poprzednich wędrówek po okolicznych wzgórzach.


Jego głos jest łagodny i miły.
I gdy tak ciepło opowiada o okolicy, ja słucham i jednocześnie robię zdjęcia.

Gdy wspinaliśmy się na stok Wysokiej, z lasu dobiegł do nas jednostajny głos:
- Fiuuu... fiuuu… fiuuu...


To odzywała się sóweczka, najmniejsza z sów.
Ten ptak niewielkich rozmiarów, jako jedyna sowa poluje w dzień.

Po drugiej stronie Wysokiej zatrzymaliśmy się przy stosie drewna i wtedy zacząłem opowiadać Krzyśkowi o spotkanym kiedyś w tej okolicy ciekawej roślince - wawrzynku wilczełyko.

Ożywiłem się i pociągnąłem Krzyśka w stronę ruin dawnego wapiennika.
Mojemu przewodnikowi to dzikie miejsce się spodobało i zaczął je penetrować.
Gdy w zaroślach zauważyłem wawrzynek, aż krzyknąłem z radości.
Wawrzynek wilczełyko rozpoczynał swoje kwitnienie, jego kwiatowe pączki zaróżowiły się,
a ja byłem w siódmym niebie. Za tydzień. lub dwa łodygi będą otoczone różowymi kwiatuszkami.

W drodze powrotnej spoglądaliśmy na majaczące na horyzoncie Góry Wałbrzyskie.
Na ich tle widniały jasne sylwetki elektrowni wiatrowych. Przyznam, że widok
tych siłowni, w początkowym okresie ich powstawania, nieco mnie drażnił.




Ale teraz wiem, że będą one stanowić element krajobrazu - podobnie jak słupy energetyczne.

W świetle zachodzącego marcowego słońca rozbłysły ruiny Zamku Bolków.



Drogą prowadzącą obok Sześć Domków poszliśmy  w stronę Gorzanowic.


Na ostatnich nogach doszedłem do wsi. Gdy wsiadaliśmy samochodu, Krzysiek powiedział
- Janku, byłeś bardzo dzielny.
Ja staram się nie narzekać. Wędrówka była wspaniała.


Nasza wędrówka na Pogórzu Kaczawskim wiodła przez:



Gorzanowice, wzgórza: Skowronia, Młyniczna i Dębnik, Pogwizdów, wzgórze Szubieniczna, Bogaczowice, Jastrowiec, Grudno, zbocza Wysokiej, ruiny dawnego wapiennika, Sześć Domków, Gorzanowice.
     Często autorzy papierowych map pomijają nazwy szczytów. Ja nie rozumiem takiego podejścia do potencjalnego turysty. Na planie Sygnatury, powyżej Gorzanowic, zaznaczono jedynie szczyt Młynicznej, gdy na planie turystycznej widnieją również wzgórza:
Skowronia oraz Dębnik.
Proszę porównać mapę powyżej, z tą niżej.


Lubię zaglądać do mapy potrójnej. Widok można przełączyć na Sygnaturę i porównać oba plany z mapą satelitarną.
Gdy zwiniemy boczne menu (kliknięciem myszką w znak < ), ujrzymy większy obszar mapy.

PS
Dzisiaj wiem, że Krzyśkowi spodobał się kwitnący wawrzynek wilczełyko,
ale o tym za jakiś czas...


*    *    *    *


niedziela, 10 lutego 2019

Medaliony, skały i przemoc

2019-01-13

     Prognozy pogody na ten dzień nie były najlepsze. Zajrzałem do kilku portali mając nadzieję na jakąś odmianę.  Wszędzie to samo, opady deszczu. Ale Krzyśka i mnie to nie zraziło, pojechaliśmy do Lwówka Śląskiego. Nasza wyprawa była nietypowa, bowiem składała się z czterech etapów.

____________________


Poszukiwanie Zimnej Dziury

     Deszcz siąpił, a my szliśmy zboczami, porośniętego lasem, niewielkiego wzgórza Piaszczystej leżącego tuż za Lwówkiem Śląskim. Chcieliśmy odszukać jaskinię o intrygującej nazwie: Zimna Dziura.  Trafiliśmy do  urwiska, skąd zza drzew wyłaniał się widok przełomu Bobru. Rzeka w tym miejscu wije się uroczymi zakolami pomiędzy Piaszczystą a Leśnicą.  Gdy zeszliśmy do dawnego kamieniołomu piaskowca, wyjęliśmy swoje papierowe mapy. Na Krzyśka mapie Zimna Dziura zaznaczona była po innej stronie kamieniołomu niż na mojej. I wtedy rozdzieliliśmy się.
Krzysiek penetrował zbocza bardziej strome, a ja szwendałem się po łagodniejszym stoku.


     W pewnym momencie nie zdążyłem utrzymać równowagi i na prawym boku kilka metrów zjechałem w dół. Chyba jaskini dzisiaj nie znajdziemy, pójdziemy odwiedzić Skałę z Medalionem. Postanowiłem wrócić do umówionego miejsca. Krzyśkowi wysłałem wiadomość, że będę na niego czekać przy kamieniu z krzyżem.

Może te medaliony są dobrą wróżbą?





Wytężałem swoją pamięć i nie mogłem z niej wydobyć nazwy tej rośliny.

Przy kamieniu, na którym wykuto zarys krzyża, zastanawiałem się nad symboliką tego obiektu.


Może to niedokończony krzyż pojednania?

     Zwyczaj stawiania kamiennych krzyży (krzyży pokutnych) panował już w XIII wieku.
Zwłaszcza  w zachodniej części Europy na podstawie zapisów prawa sasko-magdeburskiego.
W  ówczesnych kodyfikacjach prawnych zapisano, że:
- kto zabije umyślnie, wedle prawa ma być karany.
- kto zabije przygodnie, że jawne to będzie, gardła tracić nie powinien, tylko zapłacić.
     Krewni zabitego tworzyli solidarny związek rodowy, który ścigał zabójcę.
Z drugiej strony zabójca zasłaniał się swoimi krewnymi, co doprowadzało do powstania stanu wrogiego między dwoma związkami rodowymi, a wtedy mogło dojść do krwawej zemsty.
Krwawa zemsta nie leżała jednak w interesie władcy danego terytorium, dlatego realne korzyści w pogodzeniu dwóch zwaśnionych stron wnosiło jedynie tzw. jednanie, które było bodźcem do wykształcenia się systemu kompozycyjnego (tzw. Compsitio)
     Sprawca pozbawienia życia drugiego człowieka (w bójce, kłótni o miedzę, o kobietę itp.), zobligowany był do stosownego zadośćuczynienia, którego rodzaj i wymiar ustalał sąd, przed którym spotkał się zabójca z bliskimi zabitego.
Morderca, oprócz wzniesienia kamiennego krzyża, zobowiązany był także do pokrycia kosztów pogrzebu ofiary mordu i przewodu sądowego oraz wypłaty tzw. "główczyzny" (opłata za głowę zabitego). Co więcej winien był również łożyć na utrzymanie rodziny zabitego, a także zakupić świece lub dostarczyć wosk dla Kościoła oraz odbyć pielgrzymkę do jednego ze świętych miejsc, takich jak Akwizgran, Compostela, Jerozolima, Rzym i in. (czasami stosowano także różne inne zobowiązania dodatkowe, np. opłacenie biedocie kąpieli w łaźni, zamówienie dla niej posiłków, czy leżenie krzyżem na grobie zabitego).
     Po wypełnieniu nałożonych na sprawcę zabójstwa zobowiązań, przy postawionym krzyżu następowało pojednanie. Rodzina zabitego podpisywała z zabójcą porozumienie o zaniechaniu krwawej zemsty za śmierć krewnego.
     Dlatego ja wolę taki obiekt nazywać krzyżem pojednania, gdy większość źródeł nazywa je krzyżami pokutnymi.
W Polsce takich krzyży jest około sześciuset, a najwięcej można ich spotkać na Śląsku.

W swoich zbiorach mam kilka ich fotografii wykonanych w Górach Kaczawskich.
Te dwa pochodzą z Czernicy,




ten niżej, po lewej postawiono przy ogrodzeniu kościoła w Słupie,


a widoczny po prawej został wmurowany w ogrodzenie kościoła w Sichowie.
Bardzo często krzyże te były obiektem dewastacji, więc przenoszono je w obręb kościołów.

     Gdy bliżej zacząłem się interesować krzyżami pojednania, postanowiłem odwiedzić ten, który mieści się w pobliżu mojej rodzinnej wioski.



Kiedy go odnalazłem, jego widok wywarł na mnie ogromne wrażenie i byłem tym faktem głęboko poruszony. W tym miejscu przed wiekami rozegrała się tragedia...

- Janek..., Jankuuu...- z mojej zadumy nad  ludzkim losem wyrwało mnie wołanie Krzyśka.


Dzisiaj rezygnujemy z poszukiwań Zimnej Dziury, wracamy do Krzyśka Vectry i pojedziemy odwiedzić inne obiekty.






__________________________________

Skała z Medalionem

     Niedaleko od Lwówka Śląskiego , tuż za wsią Żerkowice, wznosi się niewielkie, porośnięte lasem wzgórze. Jadąc lokalną drogą do Skały, można na Wieżycę spojrzeć i niczego specjalnego w niej zobaczyć. Ot niewielki pagórek, mierzący zaledwie 256 m. n. p. m.  Ale wystarczy zostawić swój pojazd na poboczu (jest tam wygodne miejsce) i pójść przez las zgodnie ze znakami zielonego szlaku. Po kilkuminutowym, nieco ostrym podejściu, zza drzew wyłania się grupa skalna.
 


     To ostańce piaskowcowe niezwykłej urody - wyglądają jak skalne wieże.
Skala z Medalionem jest foremna i patrząc na nią ma się wrażenie, że jest postawił ją człowiek.
W 1897 r. umieszczono na niej medalion z wizerunkiem cesarza Wilhelma II. Fanaberia dawnego władcy tych ziem przetrwała prawie sto lat, bowiem w latach osiemdziesiątych XX wieku została skradziona. Miejsce "Wilusia" zajął herb Lwówka Śląskiego


Dawniej na szczycie znajdował się punkt widokowy. Dzisiaj pozostały tylko resztki barierek.


Na punkt widokowy docierają tylko wspinacze skałkowi. To taki ludek, mający innych w lekkiej pogardzie i porozumiewający się specyficznym językiem. Widoczny po prawej fragment skały został przez nich nazwany D.pa Słonia.


Niedawno wyczytałem, że władze Lwówka noszą się z zamiarem zakazania wspinki na te skały.


Może ktoś kiedyś odtworzy punkt widokowy i zbuduje pomost łączący te skały, jak dawniej?


Z Krzyśkiem wzięliśmy postanowienie, że wrócimy kiedyś do tego miejsca.








___________________________


Huzarski Skok

     Przez Śląsk przebiegały ważne szlaki handlowe (m.in. szlak bursztynowy), dzięki którym Ślązacy utrzymywali ożywione stosunki handlowe z innymi ziemiami polskimi, a także obcymi krajami. Śląsk od wieków stanowił łakomy kąsek dla sąsiednich krajów. Naturalne bogactwa, rozwinięte ośrodki miejskie oraz dogodne położenie geograficzne spowodowały, iż kraina ta, jako ziemia graniczna, stała się obiektem wielu najazdów i walk. Tu przenikały się się polskie, czeskie i niemieckie wpływy.
     Według Clausewitza "Wojna to akt przemocy, mający na celu zmuszenie przeciwnika do spełnienia naszej woli.” Słowem wojna określa się też stan (stan wojny), kiedy przemoc ta ma miejsce.
     W 1756 roku pomiędzy Prusami (pod którymi panowaniem znajdował się Dolny Śląsk) i Austrią wybuchła III wojna śląska.  W 1761 roku z Bolesławca, w którym stacjonowały wojska pruskie, w stronę Lwówka Śląskiego wyruszyła na patrol niewielka grupka pruskich huzarów. Rekonesans przebiegał bez większych problemów. Sytuacja zmieniła się jednak w okolicach wsi Włodzice Wielkie. W pobliżu tej miejscowości huzarzy natknęli się na liczny oddział austriackich dragonów. Prusacy, którzy nie chcieli ryzykować utraty życia w starciu z silniejszym przeciwnikiem rzucili się do ucieczki. Rozpoczął się za nimi pościg, który trwał aż do Żerkowic i skalnego urwiska nad Bobrem. Tutaj mniej liczny podjazd szybko został osaczony i rozbity, jednak jeden z jego uczestników nie chcąc oddawać się w ręce wroga zdobył się na brawurowy wyczyn – wraz ze swym koniem rzucił się z wysokiego, skalnego urwiska do nurtu płynącej poniżej rzeki Bóbr. Dzielny żołnierz przeżył ten skok, tak samo jak i jego wierzchowiec.
     Z czasem wśród okolicznych mieszkańców urwisko zaczęło być nazywane „Huzarski Skok", a miano to funkcjonuje do dziś i upamiętnia mały epizod III wojny śląskiej, zakończonej w 1763 r.
     Dzisiaj, za sprawą człowieka, Bóbr płynie innym korytem, a Krzysiek i ja przedzieraliśmy się przez zarośla, które w starorzeczu znalazły dla siebie korzystne warunki bytowania.

















Prawy brzeg dawnego koryta Bobru jest skalnym, niezwykle malowniczym uskokiem.



Gdzieś, tam z któregoś miejsca na skale, dzielny huzar na swym koniu skoczył w nurty Bobru.
Obaj przeżyli i byli nawet nagradzani przez możnych tego świata.
Porażka jest sierotą, a sukces ma wielu ojców.
Jedne źródła podają, że tym huzarem był Wawrzyniec Tucholski - Polak w służbie króla Prus,
a literatura niemiecka podawała, że był to Paul Werner z regimentu Ziethena.


A my przechodziliśmy obok skał, patrząc pod nogi i zadzierając głowy - na przemian.


Niektóre drzewa, w zadziwiający sposób zagnieździły się w szczelinach skalnych.


W piaskowcu wytworzyło się kilka uroczych jaskiń. Nawet można było do nich wejść.













___________________________

Szwajcaria Lwówecka

     Ostatnim etapem naszej włóczęgi była grupa skalna mieszcząca się prawie w centrum Lwówka Śląskiego. Lwóweckie Skały nazywane też Szwajcarią Lwówecką, to ciąg piaskowcowych baszt i grzęd poprzecinanych głębokimi szczelinami.





Z tej perspektywy skały przywodzą na myśl mury obronne jakiegoś grodziska.








Zadziwiająca jest wola życia roślinności bytującej na skałach, szczególnie drzew.


Po ich wystających korzeniach można przejść jak po stopniach jakichś schodów.

A to imponujących rozmiarów drzewo podziwiam jeszcze dzisiaj, rośnie spokojnie na skale


i chyba ma zamiar jeszcze długo sobie pożyć.

Biedna sosenka, ale ona też chce żyć. Podobnie jak towarzysząca jej brzózka.














Troski tego świata zostały gdzieś tam na dole, a my patrzyliśmy na domy z góry.
Na parę chwil zatrzymaliśmy się w miejscu odpoczynkowym i piliśmy ostatnią w tym dniu herbatę.



Ławki dodatkowo wyposażono w łańcuchy, którymi zostały przykute do stołu, aby za bardzo się
nie oddaliły.

Ile razy potykam się o porzucone puszki i butelki po napojach, tyle razy się burzę.
Pełne można było dźwigać, a puste już nie da rady? Nie mogę tego pojąć.


Właściciele pustych opakowań chyba nigdy nie czytali książek o indianach

"Ziemia nie należy do nas,
My należymy do ziemi...
Nie utkaliśmy siatki pajęczej życia,
Jesteśmy jedną z jej nici.
Cokolwiek czynimy siatce pajęczej, 
Czynimy sobie..."
                               Wódz plemienia Seattle, 1854 r.

Obaj z Krzyśkiem, ociągając się, pożegnaliśmy Szwajcarię Lwówecką.


Na odwiedzenie Panieńskich Skał nie starczyło nam czasu.



__________________________

2019-01-14

     Wczoraj, gdy wróciłem do domu, przywitał mnie mój najmłodszy wnuk Mikołaj. Okazało się, że przez najbliższych kilka dni będzie pozostawał pod moja opieką. Jego przeziębienie nie pozwalało na chodzenie do przedszkola.
- Dziadzię to Miki kocha bardzo, bo dziadzia najlepiej się z nim bawi - tak często on mawia.

     A teraz po matematyce mamy przerwę, w czasie której Mikuś może sobie pograć w grę, którą podpowiedział mu kolega z jego rocznika.


- O co chodzi w tej grze?
- O to, aby zabić jak najwięcej zombiaków!
Dziwnie się poczułem. Wczoraj wieczorem w czasie trwania Światełka do nieba został zabity człowiek, a tutaj dzieciak bawi się również w zabijanie.
- Mikuś, nie mów zabijanie, tylko powiedz, że to jest wykluczenie - poradziłem wnukowi.
- A co to jest wykluczenie?
- To inaczej unieszkodliwienie - odpowiedziałem małemu.
Kto wymyśla gry dla dzieci, które uczą zabijania inne istoty?
- Mikuś, poczekaj. Ja ci wyszukam jakąś inną, mądrzejszą grę - zaproponowałem.
Mały dał się przekonać, a ja znalazłem grę polegającą na logice i pokonywaniu przeszkód.


Gra go wciągnęła. Był bardzo zadowolony z otrzymywanych w niej serduszkowych bonusów
A największym bonusem było stwierdzenie Mikołaja:
- Dziadzia, ty wszystko wiesz.
- Mikuś, ja wiem dużo, ja nie wiem wszystkiego.
- Choinka, człowiek musi się uczyć przez całe życie. A i tak wszystkiego nie wie - pomyślałem.

*    *    *    *