niedziela, 10 lutego 2019

Medaliony, skały i przemoc

2019-01-13

     Prognozy pogody na ten dzień nie były najlepsze. Zajrzałem do kilku portali mając nadzieję na jakąś odmianę.  Wszędzie to samo, opady deszczu. Ale Krzyśka i mnie to nie zraziło, pojechaliśmy do Lwówka Śląskiego. Nasza wyprawa była nietypowa, bowiem składała się z czterech etapów.

____________________


Poszukiwanie Zimnej Dziury

     Deszcz siąpił, a my szliśmy zboczami, porośniętego lasem, niewielkiego wzgórza Piaszczystej leżącego tuż za Lwówkiem Śląskim. Chcieliśmy odszukać jaskinię o intrygującej nazwie: Zimna Dziura.  Trafiliśmy do  urwiska, skąd zza drzew wyłaniał się widok przełomu Bobru. Rzeka w tym miejscu wije się uroczymi zakolami pomiędzy Piaszczystą a Leśnicą.  Gdy zeszliśmy do dawnego kamieniołomu piaskowca, wyjęliśmy swoje papierowe mapy. Na Krzyśka mapie Zimna Dziura zaznaczona była po innej stronie kamieniołomu niż na mojej. I wtedy rozdzieliliśmy się.
Krzysiek penetrował zbocza bardziej strome, a ja szwendałem się po łagodniejszym stoku.


     W pewnym momencie nie zdążyłem utrzymać równowagi i na prawym boku kilka metrów zjechałem w dół. Chyba jaskini dzisiaj nie znajdziemy, pójdziemy odwiedzić Skałę z Medalionem. Postanowiłem wrócić do umówionego miejsca. Krzyśkowi wysłałem wiadomość, że będę na niego czekać przy kamieniu z krzyżem.

Może te medaliony są dobrą wróżbą?





Wytężałem swoją pamięć i nie mogłem z niej wydobyć nazwy tej rośliny.

Przy kamieniu, na którym wykuto zarys krzyża, zastanawiałem się nad symboliką tego obiektu.


Może to niedokończony krzyż pojednania?

     Zwyczaj stawiania kamiennych krzyży (krzyży pokutnych) panował już w XIII wieku.
Zwłaszcza  w zachodniej części Europy na podstawie zapisów prawa sasko-magdeburskiego.
W  ówczesnych kodyfikacjach prawnych zapisano, że:
- kto zabije umyślnie, wedle prawa ma być karany.
- kto zabije przygodnie, że jawne to będzie, gardła tracić nie powinien, tylko zapłacić.
     Krewni zabitego tworzyli solidarny związek rodowy, który ścigał zabójcę.
Z drugiej strony zabójca zasłaniał się swoimi krewnymi, co doprowadzało do powstania stanu wrogiego między dwoma związkami rodowymi, a wtedy mogło dojść do krwawej zemsty.
Krwawa zemsta nie leżała jednak w interesie władcy danego terytorium, dlatego realne korzyści w pogodzeniu dwóch zwaśnionych stron wnosiło jedynie tzw. jednanie, które było bodźcem do wykształcenia się systemu kompozycyjnego (tzw. Compsitio)
     Sprawca pozbawienia życia drugiego człowieka (w bójce, kłótni o miedzę, o kobietę itp.), zobligowany był do stosownego zadośćuczynienia, którego rodzaj i wymiar ustalał sąd, przed którym spotkał się zabójca z bliskimi zabitego.
Morderca, oprócz wzniesienia kamiennego krzyża, zobowiązany był także do pokrycia kosztów pogrzebu ofiary mordu i przewodu sądowego oraz wypłaty tzw. "główczyzny" (opłata za głowę zabitego). Co więcej winien był również łożyć na utrzymanie rodziny zabitego, a także zakupić świece lub dostarczyć wosk dla Kościoła oraz odbyć pielgrzymkę do jednego ze świętych miejsc, takich jak Akwizgran, Compostela, Jerozolima, Rzym i in. (czasami stosowano także różne inne zobowiązania dodatkowe, np. opłacenie biedocie kąpieli w łaźni, zamówienie dla niej posiłków, czy leżenie krzyżem na grobie zabitego).
     Po wypełnieniu nałożonych na sprawcę zabójstwa zobowiązań, przy postawionym krzyżu następowało pojednanie. Rodzina zabitego podpisywała z zabójcą porozumienie o zaniechaniu krwawej zemsty za śmierć krewnego.
     Dlatego ja wolę taki obiekt nazywać krzyżem pojednania, gdy większość źródeł nazywa je krzyżami pokutnymi.
W Polsce takich krzyży jest około sześciuset, a najwięcej można ich spotkać na Śląsku.

W swoich zbiorach mam kilka ich fotografii wykonanych w Górach Kaczawskich.
Te dwa pochodzą z Czernicy,




ten niżej, po lewej postawiono przy ogrodzeniu kościoła w Słupie,


a widoczny po prawej został wmurowany w ogrodzenie kościoła w Sichowie.
Bardzo często krzyże te były obiektem dewastacji, więc przenoszono je w obręb kościołów.

     Gdy bliżej zacząłem się interesować krzyżami pojednania, postanowiłem odwiedzić ten, który mieści się w pobliżu mojej rodzinnej wioski.



Kiedy go odnalazłem, jego widok wywarł na mnie ogromne wrażenie i byłem tym faktem głęboko poruszony. W tym miejscu przed wiekami rozegrała się tragedia...

- Janek..., Jankuuu...- z mojej zadumy nad  ludzkim losem wyrwało mnie wołanie Krzyśka.


Dzisiaj rezygnujemy z poszukiwań Zimnej Dziury, wracamy do Krzyśka Vectry i pojedziemy odwiedzić inne obiekty.






__________________________________

Skała z Medalionem

     Niedaleko od Lwówka Śląskiego , tuż za wsią Żerkowice, wznosi się niewielkie, porośnięte lasem wzgórze. Jadąc lokalną drogą do Skały, można na Wieżycę spojrzeć i niczego specjalnego w niej zobaczyć. Ot niewielki pagórek, mierzący zaledwie 256 m. n. p. m.  Ale wystarczy zostawić swój pojazd na poboczu (jest tam wygodne miejsce) i pójść przez las zgodnie ze znakami zielonego szlaku. Po kilkuminutowym, nieco ostrym podejściu, zza drzew wyłania się grupa skalna.
 


     To ostańce piaskowcowe niezwykłej urody - wyglądają jak skalne wieże.
Skala z Medalionem jest foremna i patrząc na nią ma się wrażenie, że jest postawił ją człowiek.
W 1897 r. umieszczono na niej medalion z wizerunkiem cesarza Wilhelma II. Fanaberia dawnego władcy tych ziem przetrwała prawie sto lat, bowiem w latach osiemdziesiątych XX wieku została skradziona. Miejsce "Wilusia" zajął herb Lwówka Śląskiego


Dawniej na szczycie znajdował się punkt widokowy. Dzisiaj pozostały tylko resztki barierek.


Na punkt widokowy docierają tylko wspinacze skałkowi. To taki ludek, mający innych w lekkiej pogardzie i porozumiewający się specyficznym językiem. Widoczny po prawej fragment skały został przez nich nazwany D.pa Słonia.


Niedawno wyczytałem, że władze Lwówka noszą się z zamiarem zakazania wspinki na te skały.


Może ktoś kiedyś odtworzy punkt widokowy i zbuduje pomost łączący te skały, jak dawniej?


Z Krzyśkiem wzięliśmy postanowienie, że wrócimy kiedyś do tego miejsca.








___________________________


Huzarski Skok

     Przez Śląsk przebiegały ważne szlaki handlowe (m.in. szlak bursztynowy), dzięki którym Ślązacy utrzymywali ożywione stosunki handlowe z innymi ziemiami polskimi, a także obcymi krajami. Śląsk od wieków stanowił łakomy kąsek dla sąsiednich krajów. Naturalne bogactwa, rozwinięte ośrodki miejskie oraz dogodne położenie geograficzne spowodowały, iż kraina ta, jako ziemia graniczna, stała się obiektem wielu najazdów i walk. Tu przenikały się się polskie, czeskie i niemieckie wpływy.
     Według Clausewitza "Wojna to akt przemocy, mający na celu zmuszenie przeciwnika do spełnienia naszej woli.” Słowem wojna określa się też stan (stan wojny), kiedy przemoc ta ma miejsce.
     W 1756 roku pomiędzy Prusami (pod którymi panowaniem znajdował się Dolny Śląsk) i Austrią wybuchła III wojna śląska.  W 1761 roku z Bolesławca, w którym stacjonowały wojska pruskie, w stronę Lwówka Śląskiego wyruszyła na patrol niewielka grupka pruskich huzarów. Rekonesans przebiegał bez większych problemów. Sytuacja zmieniła się jednak w okolicach wsi Włodzice Wielkie. W pobliżu tej miejscowości huzarzy natknęli się na liczny oddział austriackich dragonów. Prusacy, którzy nie chcieli ryzykować utraty życia w starciu z silniejszym przeciwnikiem rzucili się do ucieczki. Rozpoczął się za nimi pościg, który trwał aż do Żerkowic i skalnego urwiska nad Bobrem. Tutaj mniej liczny podjazd szybko został osaczony i rozbity, jednak jeden z jego uczestników nie chcąc oddawać się w ręce wroga zdobył się na brawurowy wyczyn – wraz ze swym koniem rzucił się z wysokiego, skalnego urwiska do nurtu płynącej poniżej rzeki Bóbr. Dzielny żołnierz przeżył ten skok, tak samo jak i jego wierzchowiec.
     Z czasem wśród okolicznych mieszkańców urwisko zaczęło być nazywane „Huzarski Skok", a miano to funkcjonuje do dziś i upamiętnia mały epizod III wojny śląskiej, zakończonej w 1763 r.
     Dzisiaj, za sprawą człowieka, Bóbr płynie innym korytem, a Krzysiek i ja przedzieraliśmy się przez zarośla, które w starorzeczu znalazły dla siebie korzystne warunki bytowania.

















Prawy brzeg dawnego koryta Bobru jest skalnym, niezwykle malowniczym uskokiem.



Gdzieś, tam z któregoś miejsca na skale, dzielny huzar na swym koniu skoczył w nurty Bobru.
Obaj przeżyli i byli nawet nagradzani przez możnych tego świata.
Porażka jest sierotą, a sukces ma wielu ojców.
Jedne źródła podają, że tym huzarem był Wawrzyniec Tucholski - Polak w służbie króla Prus,
a literatura niemiecka podawała, że był to Paul Werner z regimentu Ziethena.


A my przechodziliśmy obok skał, patrząc pod nogi i zadzierając głowy - na przemian.


Niektóre drzewa, w zadziwiający sposób zagnieździły się w szczelinach skalnych.


W piaskowcu wytworzyło się kilka uroczych jaskiń. Nawet można było do nich wejść.













___________________________

Szwajcaria Lwówecka

     Ostatnim etapem naszej włóczęgi była grupa skalna mieszcząca się prawie w centrum Lwówka Śląskiego. Lwóweckie Skały nazywane też Szwajcarią Lwówecką, to ciąg piaskowcowych baszt i grzęd poprzecinanych głębokimi szczelinami.





Z tej perspektywy skały przywodzą na myśl mury obronne jakiegoś grodziska.








Zadziwiająca jest wola życia roślinności bytującej na skałach, szczególnie drzew.


Po ich wystających korzeniach można przejść jak po stopniach jakichś schodów.

A to imponujących rozmiarów drzewo podziwiam jeszcze dzisiaj, rośnie spokojnie na skale


i chyba ma zamiar jeszcze długo sobie pożyć.

Biedna sosenka, ale ona też chce żyć. Podobnie jak towarzysząca jej brzózka.














Troski tego świata zostały gdzieś tam na dole, a my patrzyliśmy na domy z góry.
Na parę chwil zatrzymaliśmy się w miejscu odpoczynkowym i piliśmy ostatnią w tym dniu herbatę.



Ławki dodatkowo wyposażono w łańcuchy, którymi zostały przykute do stołu, aby za bardzo się
nie oddaliły.

Ile razy potykam się o porzucone puszki i butelki po napojach, tyle razy się burzę.
Pełne można było dźwigać, a puste już nie da rady? Nie mogę tego pojąć.


Właściciele pustych opakowań chyba nigdy nie czytali książek o indianach

"Ziemia nie należy do nas,
My należymy do ziemi...
Nie utkaliśmy siatki pajęczej życia,
Jesteśmy jedną z jej nici.
Cokolwiek czynimy siatce pajęczej, 
Czynimy sobie..."
                               Wódz plemienia Seattle, 1854 r.

Obaj z Krzyśkiem, ociągając się, pożegnaliśmy Szwajcarię Lwówecką.


Na odwiedzenie Panieńskich Skał nie starczyło nam czasu.



__________________________

2019-01-14

     Wczoraj, gdy wróciłem do domu, przywitał mnie mój najmłodszy wnuk Mikołaj. Okazało się, że przez najbliższych kilka dni będzie pozostawał pod moja opieką. Jego przeziębienie nie pozwalało na chodzenie do przedszkola.
- Dziadzię to Miki kocha bardzo, bo dziadzia najlepiej się z nim bawi - tak często on mawia.

     A teraz po matematyce mamy przerwę, w czasie której Mikuś może sobie pograć w grę, którą podpowiedział mu kolega z jego rocznika.


- O co chodzi w tej grze?
- O to, aby zabić jak najwięcej zombiaków!
Dziwnie się poczułem. Wczoraj wieczorem w czasie trwania Światełka do nieba został zabity człowiek, a tutaj dzieciak bawi się również w zabijanie.
- Mikuś, nie mów zabijanie, tylko powiedz, że to jest wykluczenie - poradziłem wnukowi.
- A co to jest wykluczenie?
- To inaczej unieszkodliwienie - odpowiedziałem małemu.
Kto wymyśla gry dla dzieci, które uczą zabijania inne istoty?
- Mikuś, poczekaj. Ja ci wyszukam jakąś inną, mądrzejszą grę - zaproponowałem.
Mały dał się przekonać, a ja znalazłem grę polegającą na logice i pokonywaniu przeszkód.


Gra go wciągnęła. Był bardzo zadowolony z otrzymywanych w niej serduszkowych bonusów
A największym bonusem było stwierdzenie Mikołaja:
- Dziadzia, ty wszystko wiesz.
- Mikuś, ja wiem dużo, ja nie wiem wszystkiego.
- Choinka, człowiek musi się uczyć przez całe życie. A i tak wszystkiego nie wie - pomyślałem.

*    *    *    * 


niedziela, 16 grudnia 2018

Domek i Kamienica w Górach Izerskich

2018-12-09

     Do Domku pod Orzechem w Gierczynie dotarliśmy trochę później niż zaplanowaliśmy.
Na umówione miejsce w Legnicy Krzysiek przyjechał punktualnie, ale w trasie z powodu fatalnie oznakowanego objazdu, musieliśmy nieco nadłożyć drogi.
     Nasza wyprawa, tym razem izerska, miała nieco inny przebieg niż zwykle. Na wędrówkę wyjechaliśmy w sobotnie popołudnie i o zmierzchu zameldowaliśmy się na podwórku


Domku pod Orzechem w Gierczynie. W mroku usłyszałem miły głos Ślubnego i w świetle przedsionka zobaczyłem drobną sylwetkę Ani. Niewielka sień zapełniła się ludzkim gwarem.
Gdzie czworo, tam sporo.  A Gringo też miał coś do powiedzenia. Kilka razy nazwałem go Kokim, którego poznałem  w czasie naszej poprzedniej wizyty w Domku.

     Zaproszono nas do stołu. Pamiętam smak zupy kremu, ale oprócz tiponamburu nie zapamiętałem pozostałych składników. Smakowite były nalewki, orzechowo anyżowa Ani i gruszkowo miętowa Ślubnego. Na dworze ziąb, wiatr i czasami drobny deszcz a w izbie ciepło gospodarzy i jakieś pozytywne promieniowanie idące nawet od otaczających sprzętów. Krzesła zdobiły kolorowe szlaczki. Listeczki i kwiatuszki były dziełem Ani. Jak w Zalipiu
     O matko jedyna, to już północ! Minęło prawie sześć godzin, a wydaje się że to tylko chwila.
O takiej porze rzadko udaję się na spoczynek. Najczęściej chodzę spać z kurami, a wstaję z pierwszym pianiem koguta. A teraz po biesiadnym wieczorze jaki będzie poranek?
Obudziłem się o mojej zwykłej porze i o dziwo, wiedziałem gdzie jestem. Krzysiek spał snem sprawiedliwego, a ja zapadałem w drzemkę. Gdy usłyszałem szum młynka do kawy, wyskoczyłem z łóżka.  
   
     W czasie śniadania, gdy wziąłem na język kęs jajka, jego smak przypomniał mi moje młode lata. Swoje dzieciństwo i młodość spędziłem na wsi, a wnętrze Domku sprawiło, że wspomnienia tamtych lat wróciły ze zdwojoną siłą. Wcinałem śledziki, które miały dodatek jabłka i jeszcze coś, czego nie zapamiętałem. Musieliśmy skończyć nasze pogwarki bowiem, gdzieś hen za lasami, czekała na nas Tytoniowa Ścieżka.

     Krople deszczu gnane podmuchami wiatru siekły po twarzy, ale my nie zważaliśmy na to.
Szliśmy pod górę wąską, asfaltową drogą, która zboczem Blizbora, którą poznałem na poprzedniej wędrówce w tych stronach. Razem z Krzyśkiem próbowałem rozpoznać drogę,



którą wtedy schodziliśmy ze szczytu Blizbora.
     W gęstym lesie podmuchy wiatru nie były tak uciążliwe, jak na otwartej przestrzeni, ale siąpiący deszcz  sprawił, że moja lustrzanka spoczywała w plecaku. Krzysiek miał lepiej, on robił zdjęcia smartfonem, którego mógł zaraz schować do kieszeni. Ja muszę na mojego Nikosia wymyślić jakiś schowek. Próbowałem go trzymać pod kurtką, ale tam się on ogrzewał i po wyjęciu na zewnątrz jego obiektyw ulegał zaparowaniu, co uniemożliwiało wykonanie zdjęć.
      I tak się też stało, gdy doszliśmy do Pięciu Dróg. Mój Nikoś nie był w stanie wykonać żadnej fotki, toteż schowałem go do plecaka, aby tam "doszedł do siebie".
Pięć Dróg, Tytoniowa Ścieżka, Cztery Drogi, Modrzewiowa Droga... Takie nazwy Krzyśka i mnie


bardzo intrygują i ulegamy pokusie poznania miejsc noszących tajemnicze miana.
Ech dusze niepoprawnych romantyków...

Tytoniowa Ścieżka, to nie ścieżka, a droga ciągnąca się przez trzy kilometry w gęstym lesie.


     Ania w swoich Kobiecych rozmówkach przy herbacie zamieszcza relacje o wojażach, które uskutecznia po Górach Izerskich. Krzyśka zaintrygowały opisy dróg, a języczkiem u wagi na podjęcie decyzji o zobaczeniu niektórych miejsc, był październikowy wpis Ani o szczytach widokowych. Krzysiek na tę wyprawę nie musiał mnie namawiać.
     I teraz idziemy Tytoniową Ścieżką, którą Ania nazwała legendarną drogą. W osiemnastym wieku tędy prowadził szlak przemytniczy wyrobów tytoniowych, a w czasach bardziej współczesnych kręcono tutaj końcowe sceny Wiedźmina.



Gdy pokonywaliśmy wiatrołomy zastanawialiśmy się, w jaki sposób Ania radziła sobie z przejechaniem tej drogi na rowerze. Skąd tak drobna osoba czerpie tyle energii? Tajemnica chyba tkwi w jej kuchni. Ciekawe co mi ona i jej Ślubny przemycili w jedzeniu? Pomimo krótkiego snu, zbytnio nie odczuwałem zmęczenia przebytą trasą.
A droga, wbrew pozorom, do łatwych się nie zaliczała.





Krzysiek swoje kijki uzbroił w pewien wynalazek, który miał chronić jego dłonie przed


zmoczeniem przez deszcz. Ustrojstwo przed przemoczeniem chroniło, ale zmoczone i chłodzone


wiatrem wyziębiało Krzyśka ręce. Wynalazek wymaga jeszcze pewnego udoskonalenia.

Przy drodze spotykaliśmy zwalone przez wiatr ambony myśliwskie. Niektóre z nich były


poważnie uszkodzone, co nas niezmiernie radowało. Tutaj warstwa gleby nie jest głęboka
i myśliwskie czatownie nie mogą być trwale związane z podłożem. Jedną widzieliśmy stojącą luźno na płaskich kawałkach głazów. Mocniejszy podmuch wiatru je przewraca i częstokroć ulegają one uszkodzeniu.

Niestety, płytka warstwa gleby sprawia to, że drzewa nie mogą głęboko ukorzenić się.



I dlatego one, ku naszej rozpaczy, często kończą marnie. Bardzo nas smuci taki widok.

Ale w czasie naszej wędrówki były akcenty, które radowały nasze oczy.


Młode buczki bardzo długo utrzymują swoje liście. Czerwony kolor tworzy ładny kontrast dla zielonych świerków. A jeżeli na dokładkę, gdzieś zawieruszy się delikatna postać brzozy,
wtedy nasza radość jest zdwojona.
Gdy spotkamy kilka buczków, Krzysiek i ja wspominamy Czterech Pancernych...
Droga wedle trzech buczków...
Halo, tu Brzoza, tu Brzoza...
Znaczy tak: ścieżka wedle trzech buczków co stoją nad przesieką, a tam dalej leszczyna. Jak iść prosto, to będzie jedna polanka, potem druga i trzecia, ale trzecia z błotem, lewą stroną trzeba obejść i zaraz góreczka niewielka, na niej jeżyny. Za tą górką to już nie da rady przez las, bo tam się kończy i takie krzaczki, jałowce rosną na piachu. Stamtąd jak popatrzeć to widać Choiniak, ten co to Ewinowem nazywają i trzy chałupy w rzędzie ponad drogą. To tam.
Ech, nieodżałowani aktorzy...
Gdzie tamte czasy, gdzie tamten świat?

W pewnym momencie wiatr ucichł i deszcz przestał padać. Szliśmy teraz utwardzoną drogą.


Twardą nawierzchnią doszliśmy do leśnej szosy, a chwilę później pojawiły się Cztery Drogi.


I w tym miejscu zdałem się na Krzyśka. On miał moją mapę, na podstawie której wczoraj Ania objaśniała mu drogę, a swoje okulary miałem w bagażu pozostawionym w Domku.


Kawałek drogi poszliśmy pod górkę w kierunku poręby, ale polanka, od której odchodziła droga na szczyt Kamienicy była nieco niżej więc zawróciliśmy.
Krzysiek dobrze wybrał drogę, szliśmy coraz wyżej i wyżej. Wiatr się wzmógł, znów zaczął padać deszcz, który wkrótce zamienił się w mokry śnieg.


Musieliśmy iść uważnie, wilgotne kamienie i zalegające gałęzie były zdradliwe dla naszych



kroków. Zdawało się, że ścieżka sięga nieba i gdy mozolnie piąłem się pod górę,
gdzieś nad sobą usłyszałem radosny okrzyk Krzyśka
- Kaczawy widzę, moje Góry Kaczawskie widzę!
Spojrzałem w jego kierunku. Krzysiek przygotowywał swój sprzęt do fotografowania.



Wkrótce i ja byłem na wypłaszczonym szczycie Kamienicy. Wiatr hulał tu w najlepsze.
Kiedyś stałem na dachu wieżowca w Legnicy, budynku mającego jedenaście kondygnacji.
I teraz miałem wrażenie, ze znajduję się w podobnym miejscu.
Ktoś, w przeszłości, trafnie nazwał tę górę Kamienicą.


Słońce przez lukę w chmurach, rozjaśniło część horyzontu i wtedy zobaczyłem charakterystyczny kształt Ostrzycy. Kto ją na zdjęciu rozpozna, łapka w górę!

Stara poręba porastająca młodnikiem na płaskim szczycie kamienicy bardzo się nam spodobała.


Wiatr robił swoje, a my swoje. Pomimo siąpiącego deszczu bawiliśmy się w najlepsze.
Płaski szczyt Kamienicy jest starą porębą zarastającą młodnikiem. Pełno na niej wybrzuszeń
i zagłębień wypełnionych gdzieniegdzie wodą. Nie będąc pewni gruntu chodziliśmy po niej ostrożnie stawiając kroki, ale spodobało się nam to miejsce. Ono było urocze.
Chciałbym tu jeszcze wrócić. Kto wie, może latem?




























Z żalem opuściliśmy to miejsce, czekała nas droga powrotna.



Wbrew pozorom, zejście ze szczytu nie jest łatwiejsze od wejścia nań. Należy uważnie patrzeć pod nogi. Śliskie kamienie i zalegające gałęzie mogą być przyczyną upadku z nieprzyjemnymi
dla ciała konsekwencjami. Do asfaltowej drogi doszliśmy bez przygód.



__________________________________ 

W drodze powrotnej jeszcze raz spojrzeliśmy na Tytoniową Ścieżkę. Krzysiek starał się zapamiętać układ skrzyżowania. Miał jakieś plany na zaś?


Teraz mieliśmy z górki.






Asfaltową drogą, jak później wyczytałem na mapie, do Modrzewiowej Drogi przeszliśmy nieco ponad dwa kilometry. Podobne rozwidlenie dróg spotkałem kiedyś na Stogu Izerskim.


Na Modrzewiowej Drodze zrobiliśmy sobie ostatnią przerwę w naszej wędrówce. Wtedy wypiłem resztę owocowej herbaty, którą rano do mojego termosu wlała mi Ania. Napój był smakowity.


________________________ 

Gdy pomiędzy drzewami ukazały się pierwsze zabudowania Gierczyna, Krzysiek postanowił wejść w drogę idącą przez las. On ten teren znał lepiej niż ja. To był jego już czwarty pobyt w Gierczynie, a mój zaledwie drugi. W poprzedniej wędrówce nie brałem udziału. Wtedy dopadło mnie poważnie przeziębienie. Wówczas byłem rozgorączkowany, zakatarzony  i niepocieszony.


Po chwili, na zboczu Kufla ukazała się zagroda Domku pod Orzechem.






















Gospodarze Domku ugościli nas śląskim obiadem. Były szare kluski i modra kapusta.
Same pychotki.
     Opowieściom nie było końca i z żalem musieliśmy się zbierać do wyjazdu.
Ania przygotowała karmę dla swoich kózek. Razem z nią poszliśmy je odwiedzić.
One są śliczne. Do koziarni nie brałem aparatu, gdyż nie chciałem błyskać im po oczach.
Aaa, piliśmy jeszcze pyszną, o niezwykłym aromacie herbatę, której głównym składnikiem  jest czarny bez i coś jeszcze, czego nie zapamiętałem.
Z zapamiętaniem wszystkich składników jest jak z tekstem piosenki.
Pamiętamy pierwszą zwrotkę, a później jest gorzej.
Od gospodarzy domku dostaliśmy w prezencie próbkę ich wyrobów.



Chutney, orzechówkę i pyszny wyrób, którego składniki są niespodzianką. I to jest cudowne!
Aaa… Orzechówka została wykończona. Obawiałem, że za bardzo przejdzie szkłem!
Oooo,  jeszcze otrzymaliśmy mydełko glicerynowe własnej produkcji Ani!

Gospodarzom Domku pod Orzechem w Gierczynie serdecznie dziękuję za miłe chwile.
Życie składa się z chwil. Podarowanie komuś chwili przyjemności, chwili niezapomnianej
to piękna sprawa.


_______________________

Często zastanawiam się nad rodowodem nazw miejscowości. Może się mylę, ale Gierczyn kojarzy mi się z imieniem Gertruda, w zdrobnieniu Giercia (tak wołano na moją byłą sąsiadkę).

Gierczyn - Domek pod Orzechem




________________________

Trasa naszej wędrówki: Domek pod Orzechem, Lasek  (Fersztel), leśną drogą zboczem Blizbora do Pięciu Dróg, Tytoniową Ścieżką do Czterech Dróg, wejście na szczyt Kamienicy, powrót do Czterech Dróg, leśną drogą do skrzyżowania z Modrzewiową Drogą, nią dojście do zbocza Blizbora i powrót do Domku pod Orzechem.




Trasa do szczytu Kamienicy oznaczona jest czerwonymi stópkami, powrót zielonymi.
(W domu, na mapie wyliczyłem, że w nogach mieliśmy ponad trzynaście kilometrów)

Szersze widoki z Kamienicy można zobaczyć tutaj

Dopisek

Należy jeszcze  sprawdzić jak opisał te chwile Krzysiek
i jak nas obu odebrała Ania



*    *    *    *