niedziela, 16 grudnia 2018

Domek i Kamienica w Górach Izerskich

2018-12-09

     Do Domku pod Orzechem w Gierczynie dotarliśmy trochę później niż zaplanowaliśmy.
Na umówione miejsce w Legnicy Krzysiek przyjechał punktualnie, ale w trasie z powodu fatalnie oznakowanego objazdu, musieliśmy nieco nadłożyć drogi.
     Nasza wyprawa, tym razem izerska, miała nieco inny przebieg niż zwykle. Na wędrówkę wyjechaliśmy w sobotnie popołudnie i o zmierzchu zameldowaliśmy się na podwórku


Domku pod Orzechem w Gierczynie. W mroku usłyszałem miły głos Ślubnego i w świetle przedsionka zobaczyłem drobną sylwetkę Ani. Niewielka sień zapełniła się ludzkim gwarem.
Gdzie czworo, tam sporo.  A Gringo też miał coś do powiedzenia. Kilka razy nazwałem go Kokim, którego poznałem  w czasie naszej poprzedniej wizyty w Domku.

     Zaproszono nas do stołu. Pamiętam smak zupy kremu, ale oprócz tiponamburu nie zapamiętałem pozostałych składników. Smakowite były nalewki, orzechowo anyżowa Ani i gruszkowo miętowa Ślubnego. Na dworze ziąb, wiatr i czasami drobny deszcz a w izbie ciepło gospodarzy i jakieś pozytywne promieniowanie idące nawet od otaczających sprzętów. Krzesła zdobiły kolorowe szlaczki. Listeczki i kwiatuszki były dziełem Ani. Jak w Zalipiu
     O matko jedyna, to już północ! Minęło prawie sześć godzin, a wydaje się że to tylko chwila.
O takiej porze rzadko udaję się na spoczynek. Najczęściej chodzę spać z kurami, a wstaję z pierwszym pianiem koguta. A teraz po biesiadnym wieczorze jaki będzie poranek?
Obudziłem się o mojej zwykłej porze i o dziwo, wiedziałem gdzie jestem. Krzysiek spał snem sprawiedliwego, a ja zapadałem w drzemkę. Gdy usłyszałem szum młynka do kawy, wyskoczyłem z łóżka.  
   
     W czasie śniadania, gdy wziąłem na język kęs jajka, jego smak przypomniał mi moje młode lata. Swoje dzieciństwo i młodość spędziłem na wsi, a wnętrze Domku sprawiło, że wspomnienia tamtych lat wróciły ze zdwojoną siłą. Wcinałem śledziki, które miały dodatek jabłka i jeszcze coś, czego nie zapamiętałem. Musieliśmy skończyć nasze pogwarki bowiem, gdzieś hen za lasami, czekała na nas Tytoniowa Ścieżka.

     Krople deszczu gnane podmuchami wiatru siekły po twarzy, ale my nie zważaliśmy na to.
Szliśmy pod górę wąską, asfaltową drogą, która zboczem Blizbora, którą poznałem na poprzedniej wędrówce w tych stronach. Razem z Krzyśkiem próbowałem rozpoznać drogę,



którą wtedy schodziliśmy ze szczytu Blizbora.
     W gęstym lesie podmuchy wiatru nie były tak uciążliwe, jak na otwartej przestrzeni, ale siąpiący deszcz  sprawił, że moja lustrzanka spoczywała w plecaku. Krzysiek miał lepiej, on robił zdjęcia smartfonem, którego mógł zaraz schować do kieszeni. Ja muszę na mojego Nikosia wymyślić jakiś schowek. Próbowałem go trzymać pod kurtką, ale tam się on ogrzewał i po wyjęciu na zewnątrz jego obiektyw ulegał zaparowaniu, co uniemożliwiało wykonanie zdjęć.
      I tak się też stało, gdy doszliśmy do Pięciu Dróg. Mój Nikoś nie był w stanie wykonać żadnej fotki, toteż schowałem go do plecaka, aby tam "doszedł do siebie".
Pięć Dróg, Tytoniowa Ścieżka, Cztery Drogi, Modrzewiowa Droga... Takie nazwy Krzyśka i mnie


bardzo intrygują i ulegamy pokusie poznania miejsc noszących tajemnicze miana.
Ech dusze niepoprawnych romantyków...

Tytoniowa Ścieżka, to nie ścieżka, a droga ciągnąca się przez trzy kilometry w gęstym lesie.


     Ania w swoich Kobiecych rozmówkach przy herbacie zamieszcza relacje o wojażach, które uskutecznia po Górach Izerskich. Krzyśka zaintrygowały opisy dróg, a języczkiem u wagi na podjęcie decyzji o zobaczeniu niektórych miejsc, był październikowy wpis Ani o szczytach widokowych. Krzysiek na tę wyprawę nie musiał mnie namawiać.
     I teraz idziemy Tytoniową Ścieżką, którą Ania nazwała legendarną drogą. W osiemnastym wieku tędy prowadził szlak przemytniczy wyrobów tytoniowych, a w czasach bardziej współczesnych kręcono tutaj końcowe sceny Wiedźmina.



Gdy pokonywaliśmy wiatrołomy zastanawialiśmy się, w jaki sposób Ania radziła sobie z przejechaniem tej drogi na rowerze. Skąd tak drobna osoba czerpie tyle energii? Tajemnica chyba tkwi w jej kuchni. Ciekawe co mi ona i jej Ślubny przemycili w jedzeniu? Pomimo krótkiego snu, zbytnio nie odczuwałem zmęczenia przebytą trasą.
A droga, wbrew pozorom, do łatwych się nie zaliczała.





Krzysiek swoje kijki uzbroił w pewien wynalazek, który miał chronić jego dłonie przed


zmoczeniem przez deszcz. Ustrojstwo przed przemoczeniem chroniło, ale zmoczone i chłodzone


wiatrem wyziębiało Krzyśka ręce. Wynalazek wymaga jeszcze pewnego udoskonalenia.

Przy drodze spotykaliśmy zwalone przez wiatr ambony myśliwskie. Niektóre z nich były


poważnie uszkodzone, co nas niezmiernie radowało. Tutaj warstwa gleby nie jest głęboka
i myśliwskie czatownie nie mogą być trwale związane z podłożem. Jedną widzieliśmy stojącą luźno na płaskich kawałkach głazów. Mocniejszy podmuch wiatru je przewraca i częstokroć ulegają one uszkodzeniu.

Niestety, płytka warstwa gleby sprawia to, że drzewa nie mogą głęboko ukorzenić się.



I dlatego one, ku naszej rozpaczy, często kończą marnie. Bardzo nas smuci taki widok.

Ale w czasie naszej wędrówki były akcenty, które radowały nasze oczy.


Młode buczki bardzo długo utrzymują swoje liście. Czerwony kolor tworzy ładny kontrast dla zielonych świerków. A jeżeli na dokładkę, gdzieś zawieruszy się delikatna postać brzozy,
wtedy nasza radość jest zdwojona.
Gdy spotkamy kilka buczków, Krzysiek i ja wspominamy Czterech Pancernych...
Droga wedle trzech buczków...
Halo, tu Brzoza, tu Brzoza...
Znaczy tak: ścieżka wedle trzech buczków co stoją nad przesieką, a tam dalej leszczyna. Jak iść prosto, to będzie jedna polanka, potem druga i trzecia, ale trzecia z błotem, lewą stroną trzeba obejść i zaraz góreczka niewielka, na niej jeżyny. Za tą górką to już nie da rady przez las, bo tam się kończy i takie krzaczki, jałowce rosną na piachu. Stamtąd jak popatrzeć to widać Choiniak, ten co to Ewinowem nazywają i trzy chałupy w rzędzie ponad drogą. To tam.
Ech, nieodżałowani aktorzy...
Gdzie tamte czasy, gdzie tamten świat?

W pewnym momencie wiatr ucichł i deszcz przestał padać. Szliśmy teraz utwardzoną drogą.


Twardą nawierzchnią doszliśmy do leśnej szosy, a chwilę później pojawiły się Cztery Drogi.


I w tym miejscu zdałem się na Krzyśka. On miał moją mapę, na podstawie której wczoraj Ania objaśniała mu drogę, a swoje okulary miałem w bagażu pozostawionym w Domku.


Kawałek drogi poszliśmy pod górkę w kierunku poręby, ale polanka, od której odchodziła droga na szczyt Kamienicy była nieco niżej więc zawróciliśmy.
Krzysiek dobrze wybrał drogę, szliśmy coraz wyżej i wyżej. Wiatr się wzmógł, znów zaczął padać deszcz, który wkrótce zamienił się w mokry śnieg.


Musieliśmy iść uważnie, wilgotne kamienie i zalegające gałęzie były zdradliwe dla naszych



kroków. Zdawało się, że ścieżka sięga nieba i gdy mozolnie piąłem się pod górę,
gdzieś nad sobą usłyszałem radosny okrzyk Krzyśka
- Kaczawy widzę, moje Góry Kaczawskie widzę!
Spojrzałem w jego kierunku. Krzysiek przygotowywał swój sprzęt do fotografowania.



Wkrótce i ja byłem na wypłaszczonym szczycie Kamienicy. Wiatr hulał tu w najlepsze.
Kiedyś stałem na dachu wieżowca w Legnicy, budynku mającego jedenaście kondygnacji.
I teraz miałem wrażenie, ze znajduję się w podobnym miejscu.
Ktoś, w przeszłości, trafnie nazwał tę górę Kamienicą.


Słońce przez lukę w chmurach, rozjaśniło część horyzontu i wtedy zobaczyłem charakterystyczny kształt Ostrzycy. Kto ją na zdjęciu rozpozna, łapka w górę!

Stara poręba porastająca młodnikiem na płaskim szczycie kamienicy bardzo się nam spodobała.


Wiatr robił swoje, a my swoje. Pomimo siąpiącego deszczu bawiliśmy się w najlepsze.
Płaski szczyt Kamienicy jest starą porębą zarastającą młodnikiem. Pełno na niej wybrzuszeń
i zagłębień wypełnionych gdzieniegdzie wodą. Nie będąc pewni gruntu chodziliśmy po niej ostrożnie stawiając kroki, ale spodobało się nam to miejsce. Ono było urocze.
Chciałbym tu jeszcze wrócić. Kto wie, może latem?




























Z żalem opuściliśmy to miejsce, czekała nas droga powrotna.



Wbrew pozorom, zejście ze szczytu nie jest łatwiejsze od wejścia nań. Należy uważnie patrzeć pod nogi. Śliskie kamienie i zalegające gałęzie mogą być przyczyną upadku z nieprzyjemnymi
dla ciała konsekwencjami. Do asfaltowej drogi doszliśmy bez przygód.



__________________________________ 

W drodze powrotnej jeszcze raz spojrzeliśmy na Tytoniową Ścieżkę. Krzysiek starał się zapamiętać układ skrzyżowania. Miał jakieś plany na zaś?


Teraz mieliśmy z górki.






Asfaltową drogą, jak później wyczytałem na mapie, do Modrzewiowej Drogi przeszliśmy nieco ponad dwa kilometry. Podobne rozwidlenie dróg spotkałem kiedyś na Stogu Izerskim.


Na Modrzewiowej Drodze zrobiliśmy sobie ostatnią przerwę w naszej wędrówce. Wtedy wypiłem resztę owocowej herbaty, którą rano do mojego termosu wlała mi Ania. Napój był smakowity.


________________________ 

Gdy pomiędzy drzewami ukazały się pierwsze zabudowania Gierczyna, Krzysiek postanowił wejść w drogę idącą przez las. On ten teren znał lepiej niż ja. To był jego już czwarty pobyt w Gierczynie, a mój zaledwie drugi. W poprzedniej wędrówce nie brałem udziału. Wtedy dopadło mnie poważnie przeziębienie. Wówczas byłem rozgorączkowany, zakatarzony  i niepocieszony.


Po chwili, na zboczu Kufla ukazała się zagroda Domku pod Orzechem.






















Gospodarze Domku ugościli nas śląskim obiadem. Były szare kluski i modra kapusta.
Same pychotki.
     Opowieściom nie było końca i z żalem musieliśmy się zbierać do wyjazdu.
Ania przygotowała karmę dla swoich kózek. Razem z nią poszliśmy je odwiedzić.
One są śliczne. Do koziarni nie brałem aparatu, gdyż nie chciałem błyskać im po oczach.
Aaa, piliśmy jeszcze pyszną, o niezwykłym aromacie herbatę, której głównym składnikiem  jest czarny bez i coś jeszcze, czego nie zapamiętałem.
Z zapamiętaniem wszystkich składników jest jak z tekstem piosenki.
Pamiętamy pierwszą zwrotkę, a później jest gorzej.
Od gospodarzy domku dostaliśmy w prezencie próbkę ich wyrobów.



Chutney, orzechówkę i pyszny wyrób, którego składniki są niespodzianką. I to jest cudowne!
Aaa… Orzechówka została wykończona. Obawiałem, że za bardzo przejdzie szkłem!
Oooo,  jeszcze otrzymaliśmy mydełko glicerynowe własnej produkcji Ani!

Gospodarzom Domku pod Orzechem w Gierczynie serdecznie dziękuję za miłe chwile.
Życie składa się z chwil. Podarowanie komuś chwili przyjemności, chwili niezapomnianej
to piękna sprawa.


_______________________

Często zastanawiam się nad rodowodem nazw miejscowości. Może się mylę, ale Gierczyn kojarzy mi się z imieniem Gertruda, w zdrobnieniu Giercia (tak wołano na moją byłą sąsiadkę).

Gierczyn - Domek pod Orzechem




________________________

Trasa naszej wędrówki: Domek pod Orzechem, Lasek  (Fersztel), leśną drogą zboczem Blizbora do Pięciu Dróg, Tytoniową Ścieżką do Czterech Dróg, wejście na szczyt Kamienicy, powrót do Czterech Dróg, leśną drogą do skrzyżowania z Modrzewiową Drogą, nią dojście do zbocza Blizbora i powrót do Domku pod Orzechem.




Trasa do szczytu Kamienicy oznaczona jest czerwonymi stópkami, powrót zielonymi.
(W domu, na mapie wyliczyłem, że w nogach mieliśmy ponad trzynaście kilometrów)

Szersze widoki z Kamienicy można zobaczyć tutaj

Dopisek

Należy jeszcze  sprawdzić jak opisał te chwile Krzysiek
i jak nas obu odebrała Ania



*    *    *    *


poniedziałek, 3 grudnia 2018

W sercu Gór Kaczawskich


2018-12-03
 
Niesamowicie przeplatają się nie tylko losy ludzkie.
Dziwny splot wydarzeń sprawił, że na dłuższy okres czasu zostałem pozbawiony mego sprzętu komputerowego. Gdy wrócił on do mnie, nie mogłem rozeznać się w zawiłościach
jego zasobów. Jedna rzecz mnie ucieszyła, moje zdjęcia zapisane na dysku zachowały się
w całości. Cóż więcej do szczęścia potrzeba (oprócz błękitnego nieba)?

Był dzień...

2018-02-04

      Komarno, to wieś w Górach Kaczawskich, przez którą przepływa strumień, nomen omen Komar. Miejscowość leży u podnóży Skopca - najwyższego szczytu Gór Kaczawskich.

     W tym dniu, Krzysiek chciał podjechać jak najbliżej Przełęczy Komarnickiej i gdy byliśmy niedaleko celu, musiał zrezygnować z tego zamiaru. Świeżo spadły śnieg pokrywający wąską,
krętą i bardzo stromą drogę nie pozwolił na dalszą jazdę. Mój przewodnik musiał ostrożnie wycofać swój pojazd i zostawić go na szerszym poboczu.

     Po kilkuminutowym marszu pod górę doszliśmy do Przełęczy Komarnickiej, oddzielającej wzniesienia Skopca i Barańca po jednej, a Maślaka i Folwarcznej po drugiej stronie.








W tym miejscu rozchodzą się szlaki niebieski i żółty.

Był mroźny, rześki poranek.
A za nami w dole spało jeszcze Komarno.






Słoneczko już buszuje po błękitnym niebie, budząc każdego kto jeszcze drzemie...

… Jak dobrze wstać
     Skoro świt...





… Jutrzenki blask
     Duszkiem pić...

____________________


Przed nami ukazał się Ziemski Kopczyk. A widoki były tak wspaniałe, że nie mogłem się


powstrzymać od radosnych okrzyków.


Wykonywałem zdjęcie za zdjęciem...


… a później musiałem gonić za Krzyśkiem

Każde, szersze ujęcie wymagało wykonanie kilku fotek...


… z których później w domu sklejałem minipanoramy.


A moje trudy chyba się opłaciły.

… Dla tych chwil
     Gdy nie ma wad...



… Wspaniały, piękny świat
     Jak dobrze wcześnie wstać...

Dzisiaj, gdy oglądam to zdjęcie, rozpoznaję polanę ze świerkami na zboczu Dudziarza...


… która z tej perspektywy wydaje się tak nieodległa. Ot - na wyciągnięcie ręki.

W powietrzu unosiła się delikatna mgiełka, która w głębokich dolinach była tak gęsta,


że dzieląc w połowie widoki wywoływała niesamowite wrażenia. Wydawać się mogło,


że pasma Rudaw Janowickich i Karkonoszy są zawieszone w jakiejś odrębnej przestrzeni.


Po chwili widoczność, za sprawą rozwiewanych przez wiatr mgieł, uległa zmianie.

Słońce znacznie się podniosło, a my cieszyliśmy się magią tego miejsca i nawzajem


robiliśmy sobie zdjęcia....      Janek na szlaku...


…         Krzysiek pod księżycem...

Zawróciliśmy w stronę Przełęczy Komarnickiej.


Na chwilę przystanęliśmy koło ciekawego tworu, który mijaliśmy wcześniej rano.



Pień uschniętej czereśni i stare buty, mieszkanka Komarna zamieniła w barwną kompozycję,


której dała nazwę: Droga w błękit.  
A błękit tego dnia po tej stronie nieba był wyjątkowy.

____________________

Mieliśmy z górki i prawie tanecznym krokiem wróciliśmy do Komarna, a z tej strony niebo


zasnute było kłębiącymi się chmurami.

Na Rozdrożu  przy Przełęczy Komarnickiej weszliśmy w drogę, na której wytyczono


szlak niebieski. Lecz nie wypatrywaliśmy jego oznaczeń, Krzysiek dobrze znał drogę.

Wszystkie inne znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że to będzie udany dzień.







W górach nie należy spoglądać tylko przed siebie.
Gdy spojrzymy nieco wyżej, możemy być zdziwieni różnorodnością tego, co nad nami.



Po jednej stronie niebo, jak nazwa wskazuje, jest niebiańskie, czyste i błękitne,
gdy po przeciwnej stronie świata istnieje "inny świat", w którym pełno jest chmur i obłoków.


A gdy, w to samo miejsce spojrzymy po chwili ponownie, zauważymy niezwykłą zmianę.


W górach możemy oglądać dużą połać nieba i od widoków nieraz zakręci się nam w głowie.

Zza chmur wyjrzało pasmo Karkonoszy z wyraźnym zarysem Śnieżnych Kotłów,


które tylko na moment zostały zasłonięte obłokami.


Pamiętam dobrze, w tamtym miejscu często nieźle dmuchało.


Widoczny nawet był budynek stacji przekaźnikowej.

Ooo, nawet Śnieżka pokazała się światu.




___________________ 


Gdy idę obok Krzyśka, muszę zważać na zachowanie. Lubi nieco zamachnąć kijkami ...


… a po chwili nagle się zatrzymać i spojrzeć górę...


… gdzieś na gałęzie mijanych drzew. Ja już potrafię jego zachowanie przewidzieć.

Ach, nie ma to jak otwarte, rozległe przestrzenie. To jest to, co uwielbiam najbardziej.


Lubię również drogi, które prowadzą gdzieś - w dal...

W tym miejscu miałem wrażenie, że ta droga wiedzie wprost do Śnieżnych Kotłów...

Po kilkunastu krokach moje złudzenie spotęgowało się do tego stopnia,


że zdawało mi się, że Śnieżne Kotły są tuż, tuż...


...za tym wzniesieniem.

Ale niestety, to było tylko wrażenie. W górach odczucie odległości jest złudne.


Coś, co wydaje się nam, że jest na wyciągnięcie ręki, okazuje się odległym obiektem.


I to jest jeden z wielu uroków gór.































__________________________


- A tutaj zrobimy sobie małą przerwę na herbatę - stwierdził Krzysiek


- Miejsce jest urocze, ja się zgadzam - odpowiedziałem.

Spojrzałem na Krzyśka i wydawało mi się, że ta chmurka jest tuż za wzniesieniem.


Ale gdy wypiliśmy herbatę i wyszliśmy zza pagórka, ponownie się przekonałem, że to było


tylko złudzenie. Chmura była gdzieś, hen za lasem.

… Oprócz błękitnego nieba...

Przed nami otworzyła się przestrzeń z Łysą Górą, Widokiem oraz Okolą na horyzoncie


i wsią Podgórki skrytej w dolinie.

Weszliśmy w las, lecz nie trzymaliśmy się znaków szlaku.




Poszliśmy leśną drogą wiodącą ku prześwitowi wśród drzew.


Wyszliśmy na zbocze Ogiera, który na starszych mapach nazywany jest Górą Pod Księżycem.


Tu również miałem wrażenie, że chmury są tuż... tuż...


Dookoła roztaczały się widoki, które po przejściu kilkunastu kroków ulegały zmianie.













W Górach Kaczawskich jest wiele pamiątek po byłych kamieniołomach.


Niektóre z nich, jak to małe wyrobisko, powstawały z okazji budowy jakiegoś większego obiektu.



Mógł to być pałac lub większe gospodarstwo, a nawet jakiś obiekt sakralny



Przy wjeździe do kamieniołomu, jak na straży, rosła okazała brzoza.



Mój przewodnik chyba chciał ją sobie zapamiętać...

Gdy stanęliśmy na otwartej przestrzeni, Krzysiek powiedział
- To miejsce można nazwać Sercem Gór Kaczawskich



W duchu przyznałem mu rację.

Byliśmy na Przełęczy Widok i nigdzie nie musieliśmy się śpieszyć. Nasza dotychczasowa wędrówka odbywała się bez pośpiechu, pełna była przystanków i rozglądania się wokół.
I tutaj, również chodziliśmy spacerowym krokiem,  szwendając się to w jedną, to w drugą stronę.
Zdarzyło się nawet raz, że Krzysiek położył swoje kijki na ziemi, a ja zrobiłem parę kroków w bok szukając nowego ujęcia. Krzysiek podszedł do mnie i tak powtórzyło się to kilka razy, gdy mój towarzysz spostrzegł brak kijków. Trochę trwało, zanim je odszukaliśmy.























Nasz powrót odbywał się niebieskim szlakiem.


Ten szlak jest częścią europejskiego długodystansowego szlaku pieszego i oznaczono go symbolem E3.  W Polsce E3 składa się z dwóch odcinków: sudeckiego i karpackiego.

Lubię wyjścia z lasu, gdy otwiera się widok na nową przestrzeń.







góry5940_3
góry




Na skraju Trzmielowej  Doliny przystanęliśmy na dłuższą chwilę.








Krzysiek dał mi nawet małe zadanie - miałem rozpoznać Ziemski Kopczyk.



Nasza droga wypadła obok okazałych ruin. Krzysiek i ja zastanawialiśmy się jaką funkcję


dawniej spełniały te zabudowania.


Tu może był jakiś folwark i chyba dlatego pobliskie wzniesienie nazywa się Folwarczna.

Przy drodze, tuż za ruinami, rosły okazałe drzewa. Krzysiek stwierdził, że to wiązy.





Pod drzewami leżały jeszcze ubiegłoroczne liście o niesymetrycznych blaszkach.

Zachodzące słońce dawało takie przedstawienie, że co chwilę przystawaliśmy podziwiając



trwający spektakl.

Później sprawdzałem na mapie turystycznej. Odległość od tego miejsca do Krzyśka auta wynosiła tylko półtora kilometra, a my na jej przejście potrzebowaliśmy aż półtorej godziny.

































_________________________

Góry Kaczawskie, Rudawy Janowickie i Karkonosze spowijały już mroki nocy


gdy dotarliśmy do samochodu. To były nasze chwile, niezapomniane chwile...

Czasami nie potrzebujemy wyszukanych prezentów..
… wystarczającą dawką szczęścia jest bliskość drugiego człowieka..

________________________

Komarno,  przez Przełęcz Komarnicką do Ziemskiego Kopczyka. Powrót na Przełęcz Komarnicką, a następnie zboczami Maślaka do Ogiera i przez Kobyłę i Źróbka  do Przełęczy Widok. Powrót niebieskim szlakiem do Rozdroża przy Przełęczy Komarnickiej.



Gdy przeszukiwałem internet, trafiłem na wirtualną mapę, na której można zaznaczać trasę wędrówki. Niestety jej algorytm zakreśla tylko oznaczone szlaki.


*    *    *    *